tylu już bezdomnych widziałem w życiu
wieśków śpiących na ławkach
spałowanych nad ranem
zbyszków po dworcu rozsianych
w spodniach oszczanych
tela żech widzioł tych alojzów
a nosem czuł jeszcze bardziej
zastanawiający był jednak
brak przedstawicielek płci
piękniejszej
choć w tym przypadku to określenie wątpliwe
każda ta irenka czy krysia
spod herbu potargany włos i odór z ryja
czas dzieliła między monopolowym meliną
a swą norą na parterze starego bloku
co w takim razie z tymi kobietami
bez dachu nad głową
czy to moby dick nessie sasquatch yeti
inna bajka urban legend
to pytanie co dzień
przyszpilało mój mózg
aż pewnego razu
pod odrapanym filarem
dostrzegłem ją śpiącą
nazwałem wenus z kloaki
nos zatkałem i podszedłem
patrzyłem
jak nierówno unosi we śnie klatkę
jak skrawek koca spływa z ramienia
jak zza rozdartej bluzki wypełza
olbrzymia pomarszczona kurzajka
to znaczy jej długa pierś
chrapała solidnie
był to listopad
zima tuż za pasem
więc i tak niedługo
zaśnie na zawsze lodowatym snem
pewnie i tak jej już nie zależy
nie będzie zła
skoro jej to wyziębienie nieco przyspieszę
trupy nigdy nie są złe
zabrałem się do dzieła
ona spała snem sprawiedliwej
sprawiedliwi zawsze są biedni
odrzuciłem tę szmatę co robiła za koc
przechyliłem lekko łeb i wytargnąłem
jakąś chustkę czy apaszkę
kurwa jaka zaropiała jak wali rozkładem
nie zniechęciłem się
i parłem z mym dziełem do przodu
rozrywając do końca tę lichą koszulinę
cyc do końca na wierzch wypłynął
szarpnąłem drugą połową
prawy jeszcze dłuższy rozlał się po brzuszku
bo poza obszarem tysiąca skórnych chorób
zdrowej skóry było mniej więcej tyle
co na brzuszku noworodka
oj wenus wyglądasz tak staro
a jednak zmieniasz się w dzieciątko
taki cud twojej nędzy
gdybym ci nie pomógł to
tego jestem pewien
zdechłabyś zwinięta jak embrion
złapałem delikatnie między łopatkami
by odsunąć ją od filaru
ściągnąć ten łachman wreszcie
musiałem trafić na jakiś ropny bąbel
skoro dłoń tak lepką się stała
wreszcie się uporałem
mogłem podziwiać
ten praktyczny leksykon chorób
na wierzchniej połowie jej ciała
i te porosty nowej generacji
grzyb plus włosy spod pach
wenus ty mój cudzie natury
zdjąłem jej buty
aż dziw że miała dwa
i stopy też dwie
a każda capiła inaczej niż ta druga
najtrudniejsze teraz zadanie
jak półleżącej mej bogini
dupsko uwolnić udźce i golonka
z grubej a zeszmaconej spódnicy
jak jej nie wybudzić
przecież ta kusząco wygląda gdy śpi
i chrapie
napociłem się przy tym
pół godziny chyba minęło
trzydzieści minut unoszenia lekko
półdupka jednego targania materiału spod niego
półdupka drugiego wydzierania spod niego
ale podołałem
skoro ona to bogini
jam herosem w tym micie
jeszcze tylko te pończochy
czy raczej zbiory dziur i dziurek
uwinąłem się prędko
spojrzałem na efekty
oj moja wenus z kloaki moja bogini
moja legendarna bestio mój behemocie
tyleż piękna w twojej brzydocie
tyleż atrakcyjności
pod wiekiem i problemami skrytej
taki jestem dumny że ją odnalazłem
zostawiłem ci na głowie
ten filuterny przekrzywiony kapelusik
który musiałaś porwać gdzieś z wystawy
parę lat temu
bo czas i syf i bida niezbyt go nadgryzły
przywykłem do jej smrodu
ropa żółć rzygowiny mocz
co z tego
do tego orzeźwiająca nuta kału
pewnie niedawno się zesrała
może poprzedniego wieczoru
zostało więc ostatnie zadanie
dwunasta praca heraklesa
wielki zryw ku wolności
galoty z rzici
ogarnęło mnie wtenczas zwątpienie
czy warto czy co ja właściwie robię
może uciec czym prędzej
zagrzmiał jednak zeus w mojej głowie
prawdziwy heros nigdy się nie poddaje
wzniosłem więc modły do olimpijskich biesiadników
by kielich błogosławieństwa na mnie wylali
zastygłem
w oczekiwaniu
i oto po chwili moc wdarła się w me serce
wenus afrodyto piękności moja
dokończę com zaczął
uwolnię cię z ziemskich szmat
pozwolę twej duszy uciec
z ciała z tej ledwo wypalonej gliny
lecz nim wrócisz do pozostałych jedenastu
pozwól żeby twa chwilowa ziemskość nie poszła na marne
daj niechże cię posiądę
nim ponad chmury się wzniesiesz
pełen więc zapału
jak nieszczęsny boski jej mąż
podjąłem to wyzwanie
jak on w ogniu wulkanu topił łączył kuł utwardzał
gasił kubłem zimnej wody
tworzył zbroje
tak jak na tym przejmującym chłodzie
szarpię włókna gumki rozrywam
oblewam się potem by jej nie zbudzić
drę ten ostateczny pancerz
te majtki niegdyś pewnie białe
teraz bijące czerwienią żółcią brązem
wreszcie ją uwalniam
a skrawki z mych dłoni rzucam Eolowi
niech na cztery strony świat je rozniesie
został więc twój gaj gęsty
krzewy winne
pewnie ciągle jeszcze płodne
choć od wieków nie doglądane
przesuwam dłonią między nimi
szukam żyznego zakątka
by w glebie tej schować me nasienie
lecz tylko trafiam na chwasty
na ziemię płaczącą żółto-zieloną wydzieliną
lecz ufam w boskość tej winnicy
wreszcie twój gąszcz przebyłem
odnalazłem miejsce błogosławione
święte pole
tak to musi być tutaj
wenus z kloaki wenus umiłowana
wenus co całe życie przede mną się ukrywała
pozwól że rzucę okiem
że zaorzę wzrokiem tę ziemię
nim coś w niej posieję
i zajrzałem
i zobaczyłem
że tam już coś rosło
figa i mak