Po naszymu – Rainer Maria Rilke, “Lyjopard”

Dołónczom sie do Quisquisa i Syna Andrzeja z mojim tłumaczyniym “Der Panther” Rilkego. W łoryginale możecie se tyn wiyrsz znolyść sam, jest tyż tam wersyjo po angielsku.

Jego wzrok choby od północnyj mgły myntny,
Z cołkigo żywota swojigo gitry pamiynto yno.
Gitr tysionc, milijon, dołokoła same prynty,
Za kerymi żodnego świata niy zno – bo go ni mo.

Jego miynki krok, szłapa za szłapom pociongo równo
Luftym malujonce corozki miyjsze i miyjsze kola,
Choby walca tańcowoł, choć sala balowo prózno,
Yno w środku siedzi zgnymbiono – żeby uciyc wola.

Zdarzy sie jeszcze, że powiyki ło trocha uchyli,
I padnie na źrynice światło i ftedy łobroz sie jawi,
Przez racie cicho przelatuje, znużone nerwy łomyli,
Trefi w serce… za tworde, żeby wiary mu co łostawił.

Opublikowano Wiktor Luzer | Otagowano , , , , , , , , , | 1 komentarz

“9 miglancůw
” [Charles Bukowski]

Z okazji Międzynarodowego Dnia Języka Ojczystego, zamieszczam drobne tłumaczenie. Nie umiałem wybrać wiersza, więc zdecydowałem się na coś, napisanego przez dobrego pisarza, zaczynającego się nazwiskiem jeszcze lepszego. 

Céline przyfandzoli
piyrszy,
Szostakowicz
zicnoł na drugij
bazie,
Dostojewski ciulnie
trzeci,
Beethoven walnie
rychtyk fest,
Jeffers piůnty,
Dreiser můgłby przysolić
szůsty
a siůdmy
to bydzie
Boccacio…
no i ůsmy,
chytacz:
Hemingway.

ciepacz?
pierůna, dej mi ta
pierdolono
bala.

Charles Bukowski
tł. Syn Andrzeja


Opublikowano syn Andrzeja | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Aleksandr Siergiejewicz Puszkin – Дар напрасный, дар случайный…

21 lutego mōmy Światowy Dziyń Rodnij Mowy¹, beztoż dzisiej niyma nic polskigo, yno ślōnske swobodne tłōmaczyni wiersza Aleksandra Siergiejewicza Puszkina „Дар напрасный, дар случайный”, kerego ruski ôryginał nejdziecie sam.

Geszynk dostołch na darymno.
Życie! Pojakymu zy mie
Weźmie Cie siła tajymno?
Fto Cie sam doł i fto symie?

Kery pjerōn doł mi władzy,
Cobych rzōńdził swym istniyniym?
Kery dusza we mie wraził
I do tego dŏł sumniyniy?

Celu niy widza przed sobōm.
Prōzne sierce, filip darmo
I spokoju mi niy dowo
Durch te same życiŏ larmo

Opublikowano Bartłomiej Wanot | Otagowano , , , , , , , , | 1 komentarz

Umęczon pod sklepieniem kościelnym

Umęczon, udręczon byłem dziś na mszy świętej

Oprawca mój siedział przede mną
Zimnokrwisty.
Dziesiątki minut torturował mnie
Swoją szczeciną.
Spójrzcie zresztą sami:
Włosy ciemno brązowe,
Siwy, siwy, siwy.
Wyblakły brąz,
Siwe, siwy,
Brązowy jasny,
Do tego siwy, siwy i siwe,
Jeszcze gdzieś tak z przodu czupryny
Płowe… czy jak to tam nazywacie,
A tuż obok: siwe, siwe, siwe…
I chyba nawet nie był świadomy,
Nie przypuszczał,
Na jakie skazuje mnie tortury.

A może jednak dobrze wiedział!
Bo się nie odwrócił, by podać znak pokoju…

Opublikowano Kamil Mirosław | Dodaj komentarz

ten wiersz

czuję
zapach skóry.
nie twojej
a zabitego przed trzydziestu laty zwierzęcia.
bo leżę na torbie ze skóry
zabitego przed trzydziestu laty zwierzęcia.
czytający zapytałby zapewne: ‘no i co z tego?
jaki ma to sens? co ten wiersz za sobą niesie?’
czytający miałby rację.
powinienem był zakończyć go po trzecim wersie.

Opublikowano syn Andrzeja | Dodaj komentarz

Sądny dzień

Dzisiaj w swoim domu w Krakowie zmarła Wielka Polska Poetka, Wisława Szymborska. Choć może oficjalnie się tym nie chwaliliśmy, była Ona naszą duchową mentorką i naszą inspiracją ku temu, by zająć się poezją na poważnie.
Jej bogata twórczość zachwycała nas od lat, wszak Jej teksty mieliśmy okazję poznać już w podstawówce, dzięki decyzjom podjętym lata temu przez ówczesne sejmowe komisje kultury – decyzjom, które przez lata się nie zmieniły i kolejne generacje są przez swych nauczycieli zachęcane na lekcjach do studiowania poezji Pani Wisławy.
Jesteśmy dumni, że przez blisko szesnaście lat mogliśmy żyć ze świadomością, że w tym samym kraju mieszka też Literacka Noblistka. Niestety, żadnemu z nas nie udało się nigdy Jej spotkać. Jesteśmy jednak pewni, że zostanie z godnością pochowana i wybierzemy się, pewnie nie raz i nie dwa, do Krakowa, by wspomnieć najpiękniejsze wiersze (tyle ich było!) nad Jej grobem. Pierwszym naszym delegatem będzie Wiktor, będący obecnie krakusem.
Przyszłość “Sortu Abla” jest jednak niepewna. Tak kruche jest życie ludzkie! Poezja Pani Wisławy przetrwa wieki… lecz co z nami? Gdzie naszym wierszom do spuścizny, jaką zostawiła nam Szymborska? Czy jesteśmy w stanie kiedykolwiek pisać choć w połowie tak dobrze jak Ona? Śmiemy wątpić. Nie wiemy jeszcze, czy bez naszej Mentorki możemy jeszcze ciągnąć dalej nasz projekt. Mogłoby to zostać odczytane – fałszywie, rzecz jasna! – jako żałosna próba zajęcia miejsca, które Ona opuściła, choć oczywiście to nieprawda, gdyż to miejsce, królewski tron polskiej poezji, nie zmienia właściciela, śmierć Pani Wisławy nie równa się Jej abdykacji. Żeby jednak nie dać się pomówić, pewnie zakończymy lub przynajmniej zawiesimy działalność “Sortu Abla”. Dzisiaj w ramach upamiętnienia naszej Noblistki publikujemy ten wpis, natomiast Kamil Mirosław powstrzymuje się od planowanej publikacji swojego nowego tekstu. W najbliższych dniach możecie się jednak jeszcze spodziewać naszych tekstów, napisanych ku Jej pamięci, byśmy choć w ten sposób oddali Jej hołd.

Podpisano – Śląski Kartel Literacki “Sort Abla”:
Syn Andrzeja, Kamil Mirosław, Wiktor Luzer, Bartłomiej Wanot i Michał Firlej

 

But, seriously: chujowo pisać i dostać za to Nobla? Tyle fajek kurzyć, a przeżyć aż 89 lat? Gdzie tu logika…
Ale wiecie, czemu Wisława Szymborska już nie pali papierosów?
Bo nie żyje.

Opublikowano ŚKL "Sort Abla" | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , | 1 komentarz

Wenus

tylu już bezdomnych widziałem w życiu
wieśków śpiących na ławkach
spałowanych nad ranem
zbyszków po dworcu rozsianych
w spodniach oszczanych
tela żech widzioł tych alojzów
a nosem czuł jeszcze bardziej
zastanawiający był jednak
brak przedstawicielek płci
piękniejszej
choć w tym przypadku to określenie wątpliwe

każda ta irenka czy krysia
spod herbu potargany włos i odór z ryja
czas dzieliła między monopolowym meliną
a swą norą na parterze starego bloku

co w takim razie z tymi kobietami
bez dachu nad głową
czy to moby dick nessie sasquatch yeti
inna bajka urban legend
to pytanie co dzień
przyszpilało mój mózg

aż pewnego razu
pod odrapanym filarem
dostrzegłem ją śpiącą
nazwałem wenus z kloaki
nos zatkałem i podszedłem
patrzyłem
jak nierówno unosi we śnie klatkę
jak skrawek koca spływa z ramienia
jak zza rozdartej bluzki wypełza
olbrzymia pomarszczona kurzajka
to znaczy jej długa pierś
chrapała solidnie

był to listopad
zima tuż za pasem
więc i tak niedługo
zaśnie na zawsze lodowatym snem
pewnie i tak jej już nie zależy
nie będzie zła
skoro jej to wyziębienie nieco przyspieszę
trupy nigdy nie są złe

zabrałem się do dzieła
ona spała snem sprawiedliwej
sprawiedliwi zawsze są biedni
odrzuciłem tę szmatę co robiła za koc
przechyliłem lekko łeb i wytargnąłem
jakąś chustkę czy apaszkę
kurwa jaka zaropiała jak wali rozkładem
nie zniechęciłem się
i parłem z mym dziełem do przodu
rozrywając do końca tę lichą koszulinę
cyc do końca na wierzch wypłynął
szarpnąłem drugą połową
prawy jeszcze dłuższy rozlał się po brzuszku
bo  poza obszarem tysiąca skórnych chorób
zdrowej skóry było mniej więcej tyle
co na brzuszku noworodka

oj wenus wyglądasz tak staro
a jednak zmieniasz się w dzieciątko
taki cud twojej nędzy
gdybym ci nie pomógł to
tego jestem pewien
zdechłabyś zwinięta jak embrion

złapałem delikatnie między łopatkami
by odsunąć ją od filaru
ściągnąć ten łachman wreszcie
musiałem trafić na jakiś ropny bąbel
skoro dłoń tak lepką się stała
wreszcie się uporałem
mogłem podziwiać
ten praktyczny leksykon chorób
na wierzchniej połowie jej ciała
i te porosty nowej generacji
grzyb plus włosy spod pach
wenus ty mój cudzie natury

zdjąłem jej buty
aż dziw że miała dwa
i stopy też dwie
a każda capiła inaczej niż ta druga
najtrudniejsze teraz zadanie
jak półleżącej mej bogini
dupsko uwolnić udźce i golonka
z grubej a zeszmaconej spódnicy
jak jej nie wybudzić
przecież ta kusząco wygląda gdy śpi
i chrapie
napociłem się przy tym
pół godziny chyba minęło
trzydzieści minut unoszenia lekko
półdupka jednego targania materiału spod niego
półdupka drugiego wydzierania spod niego
ale podołałem
skoro ona to bogini
jam herosem w tym micie

jeszcze tylko te pończochy
czy raczej zbiory dziur i dziurek
uwinąłem się prędko
spojrzałem na efekty

oj moja wenus z kloaki moja bogini
moja legendarna bestio mój behemocie
tyleż piękna w twojej brzydocie
tyleż atrakcyjności
pod wiekiem i problemami skrytej
taki jestem dumny że ją odnalazłem
zostawiłem ci na głowie
ten filuterny przekrzywiony kapelusik
który musiałaś porwać gdzieś z wystawy
parę lat temu
bo czas i syf i bida niezbyt go nadgryzły

przywykłem do jej smrodu
ropa żółć rzygowiny mocz
co z tego
do tego orzeźwiająca nuta kału
pewnie niedawno się zesrała
może poprzedniego wieczoru
zostało więc ostatnie zadanie
dwunasta praca heraklesa
wielki zryw ku wolności
galoty z rzici

ogarnęło mnie wtenczas zwątpienie
czy warto czy co ja właściwie robię
może uciec czym prędzej
zagrzmiał jednak zeus w mojej głowie
prawdziwy heros nigdy się nie poddaje
wzniosłem więc modły do olimpijskich biesiadników
by kielich błogosławieństwa na mnie wylali
zastygłem
w oczekiwaniu
i oto po chwili moc wdarła się w me serce

wenus afrodyto piękności moja
dokończę com zaczął
uwolnię cię z ziemskich szmat
pozwolę twej duszy uciec
z ciała z tej ledwo wypalonej gliny
lecz nim wrócisz do pozostałych jedenastu
pozwól żeby twa chwilowa ziemskość nie poszła na marne
daj niechże cię posiądę
nim ponad chmury się wzniesiesz

pełen więc zapału
jak nieszczęsny boski jej mąż
podjąłem to wyzwanie
jak on w ogniu wulkanu topił łączył kuł utwardzał
gasił kubłem zimnej wody
tworzył zbroje
tak jak na tym przejmującym chłodzie
szarpię włókna gumki rozrywam
oblewam się potem by jej nie zbudzić
drę ten ostateczny pancerz
te majtki niegdyś pewnie białe
teraz bijące czerwienią żółcią brązem
wreszcie ją uwalniam
a skrawki z mych dłoni rzucam Eolowi
niech na cztery strony świat je rozniesie

został więc twój gaj gęsty
krzewy winne
pewnie ciągle jeszcze płodne
choć od wieków nie doglądane
przesuwam dłonią między nimi
szukam żyznego zakątka
by w glebie tej schować me nasienie
lecz tylko trafiam na chwasty
na ziemię płaczącą żółto-zieloną wydzieliną
lecz ufam w boskość tej winnicy

wreszcie twój gąszcz przebyłem
odnalazłem miejsce błogosławione
święte pole
tak to musi być tutaj
wenus z kloaki wenus umiłowana
wenus co całe życie przede mną się ukrywała
pozwól że rzucę okiem
że zaorzę wzrokiem tę ziemię
nim coś w niej posieję

i zajrzałem
i zobaczyłem
że tam już coś rosło
figa i mak

Opublikowano Wiktor Luzer | Dodaj komentarz